Najpopularniejszy w Polsce portal o finansach i biznesie
Trzy lekcje biznesu Pruszyńskiego. Miliard złotych zaczął się od lejka

Trzy lekcje biznesu Pruszyńskiego. Miliard złotych zaczął się od lejka

Fot. mat. pras

Od czego zaczyna się budowę firmy zatrudniającej ponad tysiąc osób, której przychody przekraczają miliard złotych? Od… konwisarstwa, czyli wyrobu i naprawy naczyń blaszanych.

Tak swoją przygodę z biznesem zaczął Krzysztof Pruszyński, założyciel i prezes Grupy Pruszyński, kontrolującej dziś 25 proc. polskiego rynku pokryć dachowych i aktywnie działającej w Europie. Ale zanim do tego doszedł, odebrał kilka bolesnych lekcji. 

Na początku był lejek, czyli biznes nr 1.

Pod koniec lat 80. ubiegłego wieku w Polsce brakowało dosłownie wszystkiego. Na wagę złota było nie tylko paliwo do nielicznych samochodów, ale nawet lejki do nalewania benzyny ze zdobycznych kanistrów. Dlatego Krzysztof Pruszyński postanowił się zająć produkcją naczyń blaszanych, a pierwsze pozwolenie na działalność z 1985 r. obejmowało właśnie konwisarstwo.

- Produkcją lejków zająłem się jeszcze w trakcie studiów w warszawskiej Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. Wytwarzałem też bardziej skomplikowane urządzenia, np. pompy do paliwa. Muszę przyznać, że całkiem nieźle się z tego żyło. Zlecenia pochodziły głównie od jednej ze spółdzielni rzemieślniczych z Podlasia, gdzie mieszkałem. Działalność związana z produkcją lejków kwitła do 1990 r. - tak swój start w biznesie wspomina Krzysztof Pruszyński.

Jednak to, co dobrze się sprzedawało w latach 80., po zmianie systemu stało się nieopłacalne. Paliwo było dostępne na każdej stacji benzynowej, a Krzysztof Pruszyński boleśnie odczuł te zmiany, zaliczając swoją pierwszą biznesową porażkę.

- Załamanie popytu nastąpiło tak nagle, że zostałem z kilkoma tysiącami niesprzedanych lejków. Część z nich do dziś trzymam w domu na Podlasiu - wspomina tę pierwszą, bolesną lekcję.

Biznes nr 2., czyli dekarstwo

Po przygodzie z konwisarstwem Pruszyński nie złożył biznesowej broni i poszerzył zakres działalności o dekarstwo. Zdał egzamin czeladniczy, a następnie mistrzowski. Ale znów czas mu nie sprzyjał.

- Dotkliwie odczułem okres przemian gospodarczych. Na początku 1990 r. budownictwo niemal stanęło. Trzeba było wymyślić jakiś sposób na przetrwanie - tak swoją drugą lekcję biznesu opisuje polski multimilioner.

Biznes nr 3., czyli wyroby budowlane i wykończeniowe

Tym sposobem na przetrwanie okazało się wejście w branżę pokryć dachowych.

- W czerwcu 1990 r. wraz ze współpracownikiem skonstruowałem pierwszą własną maszynę do trapezowania blach. W lipcu 1990 r. wybraliśmy się do huty im. Sendzimira po swój pierwszy transport blachy. W środku nocy samochodem marki ził, z gotówką w kieszeni pojechaliśmy do Krakowa po osiem ton stali. Po kolejny transport zjawiliśmy się miesiąc później. Tym razem załadowaliśmy już 14 ton blachy. Tak to się wszystko zaczęło - podsumowuje biznesmen, który z majątkiem szacowanym na ponad pół miliarda złotych zajmuje obecnie 61. pozycję na liście najbogatszych Polaków tygodnika "Wprost".

W przypadku Krzysztofa Pruszyńskiego powiedzenie "do trzech razy sztuka" wyjątkowo się sprawdziło. Nie do końca udane doświadczenia z działalnością w budownictwie i konwisarstwie zaowocowały pomysłem na biznes, który z powodzeniem zagospodarował niszę związaną z pokryciami dachowymi. Potrzebna była determinacja, pomysł i zaparcie. Choć sam biznesmen skromnie podkreśla, że w tych czasach było po prostu łatwiej.

- W pierwszych latach polskiego kapitalizmu brakowało niemal wszystkiego, a duzi państwowi producenci padali. Niezależnie od tego, co by się wybrało, czy produkcję mebli, przetwórstwo blachy czy wywóz śmieci, to miało się sporą szansę na powodzenie - mówi Pruszyński.

Pytany o źródła finansowania swoich biznesowych eksperymentów dodaje:

- Na początku lat 90. XX w. większość biznesów uruchamiana była niemal bez kapitału. Tak też było w moim przypadku. Nawet pierwszą maszynę, o której wspominałem – prostą prasę hydrauliczną – zbudowałem praktycznie własnoręcznie. Wciąż stoi ona w naszej firmie, służąc za eksponat – pamiątkę pionierskich czasów.

Pierwsza stabilizacja finansowa przyszła w 1993 r., kiedy Pruszyński poczuł, że firma może pozwolić sobie na "większe inwestycje". Wtedy w spółce pojawił się m.in. nowy dostawczy Mercedes. - Poczuliśmy, że nabieramy wiatru w żagle - wspomina nie bez sentymentu Krzysztof Pruszyński.

Dziś stworzona przez niego firma to największy krajowy wytwórca stalowych pokryć dachów. Grupa posiada 47 linii produkcyjnych i 100 nowoczesnych maszyn przy których łącznie pracuje ponad tysiąc osób, a przychody liczone są już w miliardach.

Kluczową firmą w całej Grupie jest Pruszyński sp. z o.o. Większość, bo 70 proc. udziałów należy od lat do założyciela - Krzysztofa Pruszyńskiego. Pozostałe podzielone są pomiędzy dzieci biznesmena. Tym samym, pomimo skali działalności firmy, Grupa Pruszyński to wciąż rodzinny biznes w pełni oparty na polskim kapitale.

Pytany o możliwość wpuszczenia do biznesu zewnętrznego inwestora Krzysztof Pruszyński odpowiada dyplomatycznie, choć nie pozostawia złudzeń, że firma to on.

- Jak każdy rozsądny przedsiębiorca biorę pod uwagę różne scenariusze rozwoju. Jednak ten związany z wpuszczeniem do spółki inwestora jest mało prawdopodobny. Miałbym problem z odnalezieniem się w takim układzie - podkreśla.

Firma nie ma również giełdowych planów, gdyż dotychczas bez problemu radzi sobie z pozyskiwaniem kapitału na inwestycje.

- Osobiście preferuję ostrożną politykę rozwoju. Przez to być może w okresie boomu zyskuję mniej, ale za to w czasach dekoniunktury mam gwarancję, że nie upadnę - opisuje swoją biznesową filozofię biznesmen.

Jednak określenie rozwoju Grupy Pruszyński jako ostrożny jest bardzo zachowawcze. Firma obecnie działa m.in. na Ukrainie, Litwie, Białorusi, w Rumunii i Czechach, ale też w krajach Europy Zachodniej. Zagraniczna ekspansja rozpoczęła się w 2004 r. i obecnie już ok. 22 proc. przychodów pochodzi z tych rynków. Produkty z logo Grupy Pruszyński dobrze radzą sobie nawet na tak wymagających rynkach jak francuski, niemiecki czy brytyjski.

Jednak aktualna sytuacja geopolityczna przysparza przedsiębiorcom sporo wyzwań.

- Największe problemy związane z obecnością na danym rynku wynikają z jego niestabilności oraz niedojrzałości. Dobrym przykładem jest Ukraina. Nawet jeszcze przed wybuchem obecnego konfliktu w kraju tym przewidywalność prowadzenia biznesu była ograniczona. A to dla każdego przedsiębiorcy jest niekomfortowa sytuacja - mówi Krzysztof Pruszyński.

Pytany o perspektywy dla inwestycji na Wschodzie, dodaje: - Ukraina to bardzo trudny rynek; sytuacja gospodarcza i polityczna w tym kraju nie sprzyja normalnemu prowadzeniu biznesu. Odczuwa to coraz więcej inwestorów zagranicznych, w tym nasza Grupa. Myślę że w najbliższym czasie wiele przedsiębiorstw będzie zmuszonych do weryfikacji swojej strategii związanej z obecnością na Ukrainie.

Krzysztof Pruszyński, jeden z finalistów polskiej edycji konkursu EY "Przedsiębiorca Roku", pytany o to, czy kiedykolwiek żałował decyzji o wejściu w biznes, odpowiada kategorycznie: Nigdy!

Grupa Wirtualna Polska i serwis Biztok.pl są Partnerem Gali Finałowej konkursu EY "Przedsiębiorca roku", która odbędzie się 29 listopada br. Do polskiego finału zakwalifikowało się 14 przedsiębiorców, sylwetkę każdego z nich będziemy opisywać w serwisie przed Galą.

Czytaj także
Polecane galerie