Modernizacja polskiej armii bez głowy? MON chce kupić sprzęt, który może się nie przydać

Modernizacja polskiej armii bez głowy? MON chce kupić sprzęt, który może się nie przydać

Ponad osiem miliardów złotych - tyle wydaliśmy tylko w zeszłym roku na modernizację polskiej armii. Jak chwali się minister obrony narodowej Tomasz Siemoniak, to najwięcej w historii Polski, a czekają nas w najbliższych latach zdecydowanie większe wydatki. Jednak przed wartym 130 miliardów złotych programem jest coraz więcej problemów. Wojsko zamierza kupić między innymi 24 amerykańskie superpociski Tomahawk dla marynarki i nowych okrętów wojennych. Problem w tym, że nie ma pewności, czy taka amunicja... w ogóle przyda się polskim żołnierzom.

Dwa lata temu rząd przyjął strategię rozwoju bezpieczeństwa kraju do 2022 roku i stwierdził, że bez zwiększenia nakładów na czołgi, działa i nowoczesne systemy wspomagające walkę, o bezpieczeństwie możemy tylko pomarzyć.

W ramach wartego 130 miliardów złotych programu, armia ma dostać nowy sprzęt i technologie. Żołnierze już niedługo będą mieli do dyspozycji między innymi samoloty bezzałogowe, śmigłowce, okręty podwodne, systemy obrony przeciwrakietowej, wszelkiego rodzaju działa, wozy opancerzone i supernowoczesny pancerz dla piechoty.

Dla ministerstwa priorytetowych jest kilka segmentów. Na modernizację lotnictwa MON przeznaczy ponad 26 miliardów złotych. Z kolei drugim najważniejszym celem jest przygotowanie Polski do "zwalczania zagrożeń na morzu". Na marynarkę wojenną wydamy według planów 13,7 miliarda złotych.

Na co pójdą tak ogromne pieniądze? Między innymi na trzy małe okręty podwodne, które zastąpią wysłużone niemieckie Kobbeny jeszcze z lat 70. Polska armia dostała ten sprzęt z demobilu od Norwegów, którzy nie chcieli z nich już korzystać. Okręty te kończą służbę w 2017 roku, jak obiecuje MON - jest to decyzja nieodwołalna ze względu na fatalny stan sprzętu.


Tomasz przechlewski/Flickr.com (CC BY 2.0)

Jak wskazuje "Gazeta Wyborcza", zanim armia zdążyła jednak rozstrzygnąć przetarg i wybrać okręty, posłowie zaczęli debatę nad ich uzbrojeniem. Bez wahania stwierdzili, że warto dokupić również pociski samosterujące. Co ciekawe taką opcję mają okręty zaoferowane Polsce przez Francję. Sztab Generalny, któremu zależy na broni o znaczeniu strategicznym, natychmiast podchwycił pomysł zakupu superpocisków, czyli właśnie tomahawków. Resort obrony uczynił z tego nawet jeden z warunków zamówienia.

To właśnie stąd zapytanie do Amerykanów. MON chciał wiedzieć, czy sprzedadzą nam tomahawki do niemieckich okrętów, których jeszcze nawet nie kupiliśmy. Jak donosi "Gazeta Wyborcza" jednak jest mały problem. Do tej pory żadne wojsko nie próbowało wystrzeliwać tomahaków z takich luk torpedowych okrętów. A wiele wskazuje na to, że właśnie niemiecka oferta jest w MON faworytem do zwycięstwa.

Pociski takie przenoszą około 500 kilogramów materiałów wybuchowych i mogą uderzać w cele oddalone o ponad tysiąc kilometrów. Zostały wprowadzone do służby w 1983 roku i są produkowane przez amerykański koncern zbrojeniowy Raytheon. Koszt jednego pocisku wynosi około 1,6 miliona dolarów. Obecnie taką bronią dysponują jedynie floty wojenne USA i Wielkiej Brytanii. Czy niebawem do tej dwójki dołączy Polska?

Amerykanie są chętni, ale...

Według ambasadora USA Stephena Mulla, Ameryka chętnie sprzeda Polsce wspomniane rakiety, jednak wszystko zależy od specyfikacji technicznej okrętów, które ostatecznie wybierze resort obrony.

Jak się okazuje poselski pomysł kupowania amerykańskich rakiet nie był przyjęty entuzjastycznie przez wszystkich. Kto był największym przeciwnikiem zakupu okrętów podwodnych z pociskami samosterującymi? Marynarka Wojenna, czyli ich główny i najważniejszy użytkownik.

"Gazeta Wyborcza" przekonuje, że część marynarzy jest zdania, że niemieckie okręty z tomahawkami na pokładzie mogą okazać się mało przydatne na Bałtyku. Zgadzają się, że dobrze mieć takie pociski do odstraszania przeciwnika, jednak wystrzelenie ich bez zwiadu satelitarnego (którego Polska nie ma) jest bardzo trudne.

Część armii udało się już zmodernizować

Problemy z modernizacją armii to nie zawsze wina MON. Przy tak skomplikowanych zakupach, jak właśnie te związane z okrętami czy śmigłowcami, przeszkody pojawiają się z wielu stron. Zwłaszcza, gdy przez lata ważna modernizacja była odwlekana przez wszystkie ekipy rządzące.

Polskie wojsko jednak ma już kilka powodów do radości. W zeszłym roku osiem miliardów złotych przeznaczonych na modernizację techniczną armii, pochłonął zakup samolotów szkolno-treningowych M-346 Master, nowoczesnych rakiet do myśliwców F-16 i wyposażenia dla 2. Nadbrzeżnego Dywizjonu Rakietowego. Jak chwalił się minister obrony Tomasz Siemoniak, jego resort wydał 99,5 procent pieniędzy przeznaczonych na modernizację armii w 2014 roku.

W sumie wojsko wydało w ubiegłym roku o 4 miliardy złotych więcej, niż rok wcześniej. Mogło sobie na to pozwolić, bo dostało od rządu więcej pieniędzy - około 32 miliardy w 2014 roku wobec 28 miliardów w 2013.

W tym roku z kolei większych nakładów na armię nie będzie (nie licząc pięciu miliardów złotych, które rząd przeznaczy dodatkowo na spłatę rat za F-16). Na modernizację wydamy nieco ponad osiem miliardów złotych. Za to już za rok budżet MON znów się powiększy.

Rząd zwiększył bowiem nakłady na obronę narodową, które od 2016 roku mają być równe co najmniej dwóm procentom PKB Polski. Dotychczas zaś kwota ta stanowiła 1,95 procenta PKB. To oznacza, że do MON-u trafi około 800 milionów złotych więcej, niż w tym roku.

Czytaj także
Polecane galerie