Praca na Wyspach już nie dla Polaków? Tak, jeśli Cameron spełni swoje obietnice

Praca na Wyspach już nie dla Polaków? Tak, jeśli Cameron spełni swoje obietnice

Fot. Bartosz Wawryszuk

- Nie będzie już tak łatwo wyjechać na Wyspy do pracy. I nie chodzi już nawet o samo zatrudnienie, ale o cały pakiet socjalny z tym związany - twierdzi w rozmowie z Money.pl politolog prof. Wawrzyniec Konarski. Taki może być efekt zwycięstwa Partii Konserwatywnej w wyborach do parlamentu w Wielkiej Brytanii. Szef ugrupowania i przyszły premier David Cameron obiecuje również referendum w sprawie wyjścia z Unii Europejskiej. - To burza w szklance wody - kwituje prof. Stanisław Gomułka, ekonomista BCC.

Partia Konserwatywna wygrała wybory i to David Cameron w dalszym ciągu będzie stał na czele brytyjskiego rządu, który samodzielnie stworzy. Nie potrzebuje do tego koalicji, bo jego ugrupowanie zebrało aż 331 z 650 miejsc w Izbie Gmin. Wynik ten może mieć spore znaczenie dla przebywających na Wyspach Polaków.

Imigranci na Wyspach byli jednym z punktów przedwyborczej kampanii. Partia Cameron już po raz drugi obiecała, że ograniczy napływ osób z zewnątrz do kilkudziesięciu tysięcy rocznie. Teraz jest ich kilkaset. Jest także przeciw przyzwaniu przywilejów osobom, których potomstwo nie mieszka w Wielkiej Brytanii, jak również chce wprowadzić zasadę, zgodnie z którą świadczenia i mieszkania socjalne będzie można otrzymać dopiero po czterech przepracowanych na Wyspach latach. Konserwatyści zapowiedzieli również, że osoby, które nie porozumiewają się w ich rodzimym języku, jak również odmówią nauczenia się go, stracą prawo do zasiłków mieszkaniowych.

Szef konserwatystów w ostatnich latach krytycznie wypowiadał się na temat imigrantów, którzy przyjeżdżają do Wielkiej Brytanii, i zapowiadał ograniczenie ich napływu.

- Te obietnice, które w kampanii składał David Cameron, są z jednej strony dość wiążące, ale zarazem kłamliwe - komentuje w rozmowie z Biztok.pl prof. Wawrzyniec Konarski, politolog Uniwersytetu Jagiellońskiego i Akademii Finansów i Biznesu Vistula. - Nie jest bowiem prawdą, że imigranci przynoszą deficyt w brytyjskiej gospodarce. Wręcz odwrotnie - przyjezdni z naszego regionu przynoszą zysk. Niemniej obietnice padły, więc premier będzie musiał się z nich wywiązać.

Spełnienie wyborczych zapowiedzi to nie jedyny aspekt, który będzie wymagał od Camerona zmiany rozwiązań prawnych dotyczących imigrantów.

- Należy pamiętać, że klęskę poniosła skrajna partia UKIP Nigela Farrage'a - zauważa politolog. - Porażka, ze względu na przyjęty na Wyspach system wyborczy, ma jednak tylko charakter "mandatowy", bo ugrupowanie wciąż cieszy się kilkunastoprocentowym poparciem w brytyjskim społeczeństwie i to z ich zdanie również będzie się musiał liczyć Cameron.

Co proponowała podczas kampanii partia UKIP? Segregację imigrantów w oparciu o ich kwalifikacje, które są potrzebne lub nie w pracy na Wyspach. Osoby, które nie spełniłyby wymagań specjalnej komisji ds. imigrantów dostawałyby zakaz wjazdu na Wyspy na pięć lat. Zaś ci, którzy zostaliby zatrudnieni o świadczenia socjalne mogliby starać się dopiero po pięciu przepracowanych latach.

Zdaniem prof. Konarskiego, brytyjski szef rządu będzie musiał ewentualne zmiany poddać chłodnej kalkulacji

- Cameron to pragmatyk, więc rozważy wszystkie za i przeciw, ale ostatecznie będzie musiał zmienić prawo tak, by przyjazd imigrantów nie był już tak łatwy - komentuje.

Na Wyspach - według różnych szacunków - jest od kilkuset tysięcy do prawie miliona Polaków. Czy wygrana partii Camerona oznacza, że trudniej im będzie o pracę i należy się spodziewać ich powrotu?

- To trudne pytanie, bo wiele zależy od tego, czy Cameron bardziej zdecydowanie będzie walczył z imigrantami - ocenia w rozmowie z Biztok.pl prof. Stanisław Gomułka, główny ekonomista Business Center Club. - Jeśli do tego dojdzie, to wielu Polaków będzie musiało wrócić do kraju i zasili polski rynek pracy.

Nieco dalej idzie w swoich przewidywaniach prof. Wawrzyniec Konarski. - Na pewno nie będzie już tak łatwo wyjechać na Wyspy do pracy. I nie chodzi tu nawet o samo zatrudnienie, ale o cały pakiet socjalny z tym związany - tłumaczy, a zapytany o to, co z Polakami, którzy już tam są, odpowiada: - Cameron po zwycięskich wyborach czuje się dość pewnie, ale nie wydaje mi się, żeby zdecydował się łamać starą łacińską zasadę, że "prawo nie działa wstecz" i ewentualne zmiany dotkną tylko "nowych" imigrantów.

Źródło wysycha

W ostatnich latach zdecydowanie maleją przepływy pieniężne, które trafiają do Polski z Wielkiej Brytanii i Irlandii. Według najnowszego raportu, opublikowanego przez Narodowy Bank Polski, Polacy pracujący na Wyspach jeszcze w 2007 roku wysyłali swoim rodzinom w kraju rocznie około 2,2 miliarda euro. Ostatnio kwoty te są już o ponad połowę niższe.

Źródło: Raport NBP

To jednak nie znaczy, że emigranci zapomnieli o ojczyźnie i przestali przesyłać pieniądze do kraju. Największy odsetek Polaków, którzy wyjechali do Wielkiej Brytanii, pomaga finansowo swoim rodzinom przynajmniej raz w miesiącu i to niezależnie od tego, ile trwa ich pobyt na Wyspach. Tylko kilku na sto emigrantów wysyła pieniądze rzadziej niż raz w roku.

Częstotliwość przekazów pieniężnych od emigrantów w Wielkiej Brytanii
Częstotliwość przekazówEmigracja poniżej 3 latEmigracja powyżej 3 lat
Źródło: NBP
co najmniej raz w miesiącu 52% 34%
co 2-3 miesiące 29% 27%
co 4-12 miesięcy 16% 33%
rzadziej niż raz w roku 3% 6%

 

Jak te dane mają się do "drugiej fali emigracji", o której od kilku tygodni mówi się w kontekście kampanii prezydenckiej?

- Nie możemy mówić o takim zjawisku jak "druga fala emigracji" - twierdzi prof. Gomułka. - Te 1,2 miliona osób, które chcą wyjechać z kraju, dotyczą bowiem deklaracji nie zaś faktycznej, fizycznej emigracji.

Wyjście Wielkiej Brytanii z UE to burza w szklance wody

Szef Partii Konserwatystów w trakcie kampanii głośno mówił o rozpisaniu referendum, w którym Brytyjczycy mieliby się wypowiedzieć na temat ewentualnego wyjścia z Unii Europejskiej. - Nie zostanę premierem, jeśli nie będę w stanie zagwarantować tego referendum - oświadczył w zeszłym roku David Cameron.

Głosowanie miałoby się odbyć najpóźniej w 2017 roku. - Brytyjskie społeczeństwo nie miało okazji wypowiedzieć się w sprawie Unii od 1975 roku, mimo że mieliśmy w tym czasie Traktat z Maastricht, Lizbony, Nicei i Amsterdamu. Nie da się ludzi utrzymać w organizacji wbrew ich woli - stwierdził Cameron i w kampanii wyborczej bardzo często powtarzał ten postulat.

Prof. Stanisław Gomułka uważa jednak, że groźby wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii to burza w szklance wody.

- Cameron w gruncie rzeczy ma takie samo podejście do Wspólnoty jak Partia Pracy, a zapowiadane referendum to ukłon w stronę bardziej eurosceptycznego elektoratu - twierdzi ekonomista BCC. - Gdyby do głosowania doszło, to Cameron sam będzie namawiał Brytyjczyków do głosowania za pozostaniem w UE.

Konsekwencje ewentualnego wyjścia ze Wspólnoty dotkną przede wszystkich samych Brytyjczyków. Koszty takiego ruchu oszacowali niemieccy eksperci, którzy w kwietniu przygotowali raport na ten temat. Analitycy Fundacji Bertelsmanna, współpracując z monachijskim Instytutem Ifo, przyjrzeli się możliwym skutkom wyjścia Wielkiej Brytanii z UE.

Z raportu wynika, że w ciągu najbliższych piętnastu lat brytyjska gospodarka straciłaby około 313 mld euro, które wypracowałaby pozostając we Wspólnocie i korzystając z unijnych przywilejów.

- Te wyliczenia są przesadzone, bo dotyczą całkowitego zerwania Wielkiej Brytanii z Unią - komentuje Stanisław Gomułka. - Moim zdaniem, nawet po ewentualnym wyjściu Brytyjczycy mieliby podobny status jak dziś Norwegia czy Szwajcaria, a wtedy te straty byłyby dużo niższe.

Dla pozostałych krajów wspólnoty konsekwencje będą natomiast stosunkowo nieduże. Autorzy raportu twierdzą, że inne kraje Unii tylko w niewielkim stopniu odczułyby gospodarczo tzw. Brexit. W Niemczech PKB zmniejszyłby się o 0,1 proc., a w najgorszym wypadku o 0,3 proc.

Zaskakujące wyniki

Partia Konserwatywna poprawiła swój stan posiadania - zdobyła 331 miejsc, a dotychczas miała ich 304. Laburzyści (Partia Pracy) mieli dotąd 258 miejsc, a obecnie tylko 232. Stan posiadania Liberalnych Demokratów, koalicyjnego partnera Camerona, skurczył się z 56 do 8 miejsc.

David Cameron wyraził nadzieję, że w nadchodzących dniach sformuje rząd. - Jest to wyraźnie bardzo mocna noc wyborcza dla Partii Konserwatywnej - powiedział Cameron. Podkreślił, że jego cel pozostaje niezmienny - ma nadzieję rządzić na rzecz każdego obywatela.

Wynik był sporym zaskoczeniem - przedwyborcze badania opinii publicznej wskazywały na bardzo wyrównaną rywalizację między konserwatystami a laburzystami.

Wybory okazały się również wielkim triumfem SNP. Partia ta miała dotąd sześciu deputowanych, a teraz zdobyła 56 z 59 mandatów, o które toczyła się walka wyborcza w Szkocji. Dotychczas na szkockiej scenie politycznej dominowali laburzyści. Zaś wynik SNP jest tak niespodziewany, że przywódczyni tej partii Nicola Sturgeon wzywała tuż po ogłoszeniu wyniku sondażu, by podchodzić do niego bardzo ostrożnie.

Money.pl
Czytaj także
Polecane galerie