Najpopularniejszy w Polsce portal o finansach i biznesie
Kenijczyk za 4 tys. zł. Tak się zarabia na biegach w Polsce

Kenijczyk za 4 tys. zł. Tak się zarabia na biegach w Polsce

Fot. Jan Malec/newspix.pl

Przeciętny biegacz z Kenii kosztuje cztery tysiące złotych. Zwraca się już po pierwszym biegu – oto kulisy kontrowersyjnego procederu z polskiego światka biegaczy.

Czerwiec, mała gmina pod Białymstokiem. Do organizatora półmaratonu w Korycinie dzwoni telefon.

- Co by państwo powiedzieli na dodatkową reklamę dla biegu? – słyszy. – Przywożę Kenijczyków, dodadzą kolorytu. Potrzeba kilkaset złotych: paliwo, nocleg itp.

Organizator oferty nie przyjmuje, Kenijczycy przyjeżdżają i tak. I wygrywają w cuglach, zajmując wszystkie miejsca na podium. Żywej krowy – tradycyjnie głównej nagrody w korycińskim biegu – nie zabierają. Kasują za to ekwiwalent, w sumie 3 tys. zł z nagród. Materiał o krowie i Kenijczykach publikuje nawet "Fakt".

Wszyscy trzej zawodnicy należą do Benedek Team. To nieformalna węgierska grupa sportowa, założona przez Zsoltana Benedeka. Od dwóch lat obstawia mniej prestiżowe biegi w Polsce. Wszędzie tam, gdzie jest do wygrania 1000 zł i bieg na 10 kilometrów czy półmaraton, są i oni. Jeśli są nagrody, a nie ma ekipy Benedeka, to znaczy, że przyjeżdża SKKS Dorcus, konkurencyjna grupa prowadzona przez Polaka.

Na rynku jest jeszcze trzeci gracz - Sylwester Niebudek z Bydgoszczy. On i jego Kenijczycy specjalizują się jednak w zawodach bardziej elitarnych, obstawiając maratony. Biznes się kręci, bo z roku na rok nagrody w polskich biegach są coraz wyższe. Według wyliczeń biegacza Krzysztofa Bartkiewicza, związanego z Benedek Team, tylko w zeszłym roku było to ponad 2,2 mln zł. I to tylko w biegach, które płacą za zwycięstwo powyżej 1500 zł. Na dodatek pula cały czas rośnie.

KENIJCZYK BIEGNIE NA ZMYWAKU

Żeby sprowadzić zawodnika z Kenii, trzeba się nagimnastykować. Polska ambasada z Nairobi akceptuje jedynie wnioski wizowe co trzeciego biegacza. Resztę odrzuca. Z - jak twierdzą nasi rozmówcy - nie do końca jasnych powodów.

- Ile kosztuje Kenijczyk? Niezbyt dużo. Za 4 tys. złotych można kupić mu bilety z Nairobi do Polski - przyznaje Piotr Szurowski, założyciel SKKS Dorcus.

Zwraca się szybko. W sierpniu zawodnicy Benedek Team zarobili z nagród blisko 50 tys. zł. I to tylko w Polsce, a obstawiają też biegi od Chorwacji, przez Słowację, Czechy aż po Węgry.

- Jeden zawodnik potrafi wystartować w tydzień w czterech zawodach. W weekend są to imprezy biegowe, a w dni powszednie mityngi – mówi Bartkiewicz.

A tempo Kenijczycy narzucili w Polsce mordercze. 5 lipca 2014 r. Elias Maindi wygrywa siedomiokilometrowy Bieg 12 Mostów w Koszalinie, drugi na mecie jest Charles Toroitich. Wśród kobiet  zwycięża Consalater Chemta Yadda, wyprzedzając Gladys Cerubo. Wszyscy to zawodnicy Benedek Team.

Dzień później są już w Jarosławcu i uczestniczą w trudnym 15-kilometrowym biegu po plaży. Tu wyprzedza ich jedynie rodak Daniel Muteti, który biega dla Niebudka. Po tym weekendzie konto Benedek Team rośnie o kolejne kilka tysięcy złotych.

Kolejny terminator: Abel Rop. Na początku września podczas prestiżowego Festiwalu Biegowego w Krynicy dzień po dniu wygrywa: najpierw bieg na 15 km, potem 10 km, w niedzielę kończąc z najlepszym czasem półmaraton. W tych samych biegach startują też koledzy i koleżanki z drużyny, za każdym razem zajmując miejsca na podium. W sumie drużyna w trzy dni zgarnia 36 tys. zł.

Tydzień później zawodnicy są już na maratonie we Wrocławiu oraz mniejszych biegach w Tarczynie czy Płocku. Scenariusz się powtarza: wchodzą na podium. I nie ma znaczenia, że przez cały sierpień startowali co tydzień w dziesiątkach innych miejscowości, które - zachęcone boomem na bieganie - organizują zawody. 

Do Polski tak naprawdę przyjeżdża trzecia liga Kenijczyków. Na mistrzostwo świata, ani wygraną w dużym i wysokopłatnym maratonie szans nie mają. Ich przeciętność wystarcza jednak na nasze zawody i biegaczy z Polski czy krajów wschodnich jak Litwa czy Ukraina.

- Ci zawodnicy przyjeżdżają do nas nie po to by uczestniczyć w sportowej rywalizacji, ale pracować. Dla nich jest to zwykła robota. Tak jak my jeździmy do Londynu na zmywak, tak oni przyjeżdżają do nas na zawody - mówi nam jeden z organizatorów biegów, chcąc jednak zachować anonimowość.

Dla grup sportowych to świetny interes. Menedżer kasuje prowizję, najczęściej też wynajmuje swoim biegaczom mieszkanie, do niego należy też samochód, którym jeżdżą na zawody. Kenijczycy sami kupują tylko jedzenie. 

ILE SIĘ NA TYM ZARABIA?

Piotr Szurowski twierdzi, że on sam swoim zawodnikom zabiera 15-20 proc. z nagród. Marek Tronina, który organizuje PZU Maraton Warszawski mówi, że stawki są wyższe i oscylują w granicach 20-30 proc. Czasem nawet więcej.

- Mam wrażenie, że w przypadku menadżerów obstawiających te mniejsze zawody, rozliczenia wyglądają nieco inaczej - dodaje.

Tronina przypomina głośną w branży anegdotę. Menadżer spytał swojego zawodnika czy za dwa tysiące złotych zrezygnuje z rywalizacji i pobiegnie jako zając, czyli będzie utrzymywał stałe, wysokie tempo do pewnego kilometra i pomoże najlepszym poprawić rekord trasy. Zawodnik się zgodził.

Po maratonie organizator biegu podchodzi do menadżera i na oczach biegacza wręcza mu 10 tys. zł. Ten odlicza dla siebie osiem tysięcy. Resztę oddaje robiącemu wielkie oczy zawodnikowi, dodając, że nie ma się co burzyć, bo przecież po dżentelmeńsku umówili się na dwa tysiące.

- Warunki współpracy na linii zawodnik-menadżer są dość okrutne. I to nie tylko w Polsce. Słyszałem o Polkach, które na Zachodzie mieszkały w barakach po 8-10 osób, a po mityngach ze względu na cięcia kosztów spały po dwie w jednym hotelowym łóżku. To jest sport, ale też gra rynkowa - stwierdza Tronina.

Nie wszyscy tę grę wytrzymują. Podczas Półmaratonu Henrykowskiego zasłabła jedna z zawodniczek. - Skończyło się wizytą w szpitalu i podłączeniem pod kroplówkę - mówi nam Jacek Szpunt, organizator biegu.

Zdaniem Krzysztofa Bartkiewicza, który czasami pomaga Benedek Team w organizowaniu startów w Polsce, zasłabnięcia to wynik skrajnej oszczędności zawodników z Afryki. Zamiast jeść, wolą przyoszczędzić i zawieźć pieniądze zimą do domu. 

TABLETKA NA 2:40 NA KILOMETR

Kenijczycy budzą wiele kontrowersji. Polscy biegacze są przekonani, że używają niedozwolonych środków dopingujących. Ale też zespoły oskarżają się nawzajem o grę nie fair. 

- Postanowiłem walczyć z tym Węgrem. On formalnie nie ma pod sobą nic. Żadnej zarejestrowanej grupy, umowy z żadnym zawodnikiem. A jednak ci Kenijczycy startują na niego. On nawet nie jest menadżerem. On jest tylko egzekutorem - denerwuje się Szurowski.

Założyciel SKKS Dorcus twierdzi, że jego zawodnicy są lepsi i mogą wygrać z Kenijczykami Węgra. Pod jednym warunkiem - muszą startować na świeżo.

- Nie mam dowodów, ale moi zawodnicy mówią mi wprost, że kilka razy widzieli jak zawodnicy od Benedek Team brali na punkcie z wodą jakieś tabletki i zaczynali biegać w tempie 2:40 na kilometr. A to jest bieg na rekord świata! – mówi nam otwarcie polski menadżer.

Zwraca też uwagę, że zawodnicy Węgra nie pocą się w trakcie biegu. A to nie jest normalne zachowanie organizmu. Dlaczego wygrywają? Radek Kłeczek, jeden z lepszych polskich biegaczy komentując zawody Festiwalu Biegowego w Krynicy pisał, że zawodnik od Benedeka "odkrył tajemniczą miksturę na wygrywanie". Dodał jednocześnie, że jest za kontrolą antydopingową podczas tej największej imprezy biegowej w kraju.

 - Podstawowe pytanie brzmi czy na małych imprezach są badania antydopingowe? Odpowiedź brzmi oczywiście nie. Po pierwsze są drogie, po drugie nikt nie chce by w razie wpadki przykleiła się do tych zawodów łatka "dopingu". I nie ma znaczenia, że organizator był jedynym uczciwym i wykrył doping. Jak w tym powiedzeniu: nieważne czy ciebie okradli, czy ty okradłeś, sprawa i tak jest śmierdząca - mówi Marek Tronina.

Problem w tym, że nawet złapanie kenijskiego biegacza na dopingu niczego nie załatwia. Większość z nich startuje u nas jako amatorzy, czyli na takich samych warunkach jak Kowalski, który metę maratonu przekracza w pierwszej setce od końca. Dyskwalifikacja nie będzie więc na dwa lata, ale tylko na ten jeden, konkretny bieg. Następnego dnia biegacz zasadniczo może startować bez żadnych przeszkód.

O samym Benedeku w branży mówi się, że był zawodnikiem, którego dwukrotnie przyłapano na dopingu. Bartkiewicz twierdzi jednak, że to plotki.

- Narzekają ci, co nie mają menadżera. Ale żeby go mieć, trzeba reprezentować pewien poziom sportowy. Przecież nikt nie przygarnie do siebie zawodnika, na którym nie można zarobić - mówi wprost.

Kenijczycy Węgra byli ostatnio kontrolowani na zawodach w Czechach i nie było żadnych problemów. Z samym Benedekiem – mimo prób – nie udało nam się skontaktować.

A GDZIE BIEG PO ZDROWIE?

Utrzymanie polskiego zawodnika to nawet 100 tys. zł rocznie. Najlepsi tacy jak Henryk Szost czy naturalizowany Yared Shegumo, wicemistrz Europy w maratonie, potrafią zarabiać nawet więcej. Oni z Kenijczykami problemu nie mają. Gorzej z polską młodzieżą.

 - Możemy dziś narzekać, że Kenijczycy zabierają nam nagrody w biegach. Pamiętam jednak czasy, gdy nasi najlepsi zawodnicy jeździli do Niemiec tylko po to, by dostać 100 dolarów. Ja mam pretensje do organizatorów. Można przecież ustalić, że jest jedna nagroda dla zwycięzcy i druga dla najlepszego Polaka. Taka dodatkowa klasyfikacja załatwi sprawę – mówi nam Marek Tronina.

Na razie takich biegów w Polsce nie ma. Organizatorzy Półmaratonu Henrykowskiego po incydencie z mdlejącą Kenijką zdecydowali, że w przyszłym roku nagród finansowych nie będzie w ogóle. Nie zarobią ani Kenijczycy, ani Polacy, ani menadżerowie. Biegacze pobiegną bez pieniędzy. Po prostu po zdrowie.

Jak polskie biegi wyglądają w liczbach? Zobacz infografikę przygotowaną przez Biztok.pl

Poprzednia strona
  • 1
  • 2
Czytaj także
Polecane galerie