Atacama, Gobi, Wadi Rum i lód Antarktydy - 1000 km na czterech kontynentach i 4 ambitnych Polaków, którzy chcą dobiec do mety najtrudniejszych pustynnych biegów świata. Za nimi już Wadi Rum i Gobi. Za kilka tygodni zmierzą się z Atakamą i lodami Antarktydy.

W tej czwórce jest Daniel Lewczuk, inwestor i udziałowiec serwisu Goldenline, właściciel i partner zarządzający Executive Network oraz członek zarządu na EMEA IMD International Search Group. Menedżer, najmniej doświadczony biegowo z całej czwórki, przed 4Desert nie przebiegł nawet maratonu. A teraz ma za sobą już dwa ukończone pustynne biegi. 

W rozmowie z Szymonem Ostrowskim opowiada, jak się biega przez największe pustynie świata. I co daje menedżerowi tak ekstremalne wyzwanie.

Wakacje spędzisz na plaży?
O nie. Ostatnia rzecz, o której myślę to piasek. Do Polski wróciłem ponad tydzień temu, a dopiero wczoraj po raz pierwszy założyłem skarpetki. Nogi miałem tak opuchnięte po biegu, że mi się stopy do butów nie mieściły. Ale z dnia na dzień jest coraz lepiej.

Bolało?
Na pewno nie swędziało (śmiech). Mam cel, to muszę wytrwać. 

Po co to wszystko? Nie wystarczy codzienny stres związany z zarządzaniem firmą i działalność biznesowa?
Przez większość kariery zawodowej pracowałem z zarządami. Przychodzili do mnie menedżerowie i mówili: "ciężko się prowadzi biznes", że jest słabo, kryzys, dekoniunktura. Pracuję w branży rekrutacyjnej, mam też do czynienia z całą masą ludzi szukających pracy, narzekających, czasami przygnębionych, czasami załamanych, czasami zdesperowanych.

Straszny negatywizm. Podobnie wśród młodszych: z przedsiębiorczością na bakier, wieczne pytania: "po co iść na swoje skoro i tak tylko jeden na sto startupów wychodzi"? Stres, rachunki, ryzyko, strach przed porażką. To pierwszy powód by nie podjąć się wyzwania. Nie zmienić status quo, nie spróbować.

Ale dlaczego wybrałeś ultratrudne biegi?

Jestem menedżerem. Człowiekiem od rozwiązywania problemów. Dla mnie "nie da się" działa jak płachta na byka. Instynktownie chcę udowodnić, że się da. A z biegiem... 

Potrzebowałem odskoczni. Czegoś pozytywnego. Dużego bodźca, olbrzymiego projektu. Czegoś co wydaje się z początku niemożliwe, a jednak może osiągalne. Chciałem się zmierzyć z wyzwaniem. Jakimś konkretnym. W którymś momencie spojrzałem na siebie, a tu 115 kg żywej wagi, mało ruchu, aktywność tylko biznesowa. 20 lat przerwy sportowej. I piękne wspomnienia medali z młodości i koszykówki. Adrenalina. Wyzwanie. Wynik. Zwycięstwo.

Zatęskniłem za tym. Może dlatego, że wiele lat zwyciężałem w sportach drużynowych, teraz postanowiłem zmierzyć się z czymś sam. Gdzie nie można zwalić winy na nikogo, za wszystko odpowiedzialny jestem ja. Za wynik, zwycięstwo lub przegraną.

I od razu porwałeś się na zdobywanie 4 pustyń? 1000 km w rok? 
Bo nie mam w tym doświadczenia. Nawet maratonu nigdy nie biegłem. W zeszłym roku poszedłem na basen i ledwo przepłynąłem jedną długość. Następnego dnia poszedłem na bieżnię na siłowni pobiegać. Ledwo przebiegłem kilometr. Pomyślałem sobie, to może rower i zrobiłem... kilkadziesiąt kilometrów i ledwo chodziłem przez 3 dni o siadaniu nie mówiąc.

Wnioski? Nie mam kondycji w żadnym z powyższych. Decyzja? Robię triathlon. Wynik? Pół roku później zrobiłem Ironmana 70.3 w Kaprun Zell am See w Austrii.  I to była baza pod dalsze decyzje i tak przyszedł czas na 4Deserts.

Gdy myślałem co zrobić, wiedziałem, że musi to być coś absurdalnego. Wiem, że to było i jest rzucenie się na głęboką wodę. A my menedżerowie potrzebujemy stymulacji. Czasami dużej. Tę imprezę nazywaną "Wielkim Szlemem" ukończyło do tej pory tylko 28 osób, z tego tylko 7 Europejczyków. Nikt z Polski. Chcemy być pierwszymi Polakami, którzy tego dokonają.

Nie mogłeś np. polecieć w kosmos?
Żona nie pozwoli. Zbyt ryzykowne (śmiech). Chciałbym, ale na razie jest 4Desert.com. Magazyn „Time" umieścił je na szóstym miejscu w dziesiątce najtrudniejszych wyzwań sportowych świata. Razem z trójką kolegów, Andrzejem Gondkiem, Markiem Wikierą i Marcinem Żukiem postanowiliśmy to zrobić. Jesteśmy na półmetku.

Wielu ludzi usłyszało o was dopiero po przebiegnięciu pierwszej pustyni...
Założenie od początku było takie, że musimy być wiarygodni. Biegacze muszą być samowystarczalni, jeśli masz odciski musisz sobie radzić sam. Chodzi o to, by ekipa medyczna musiała interweniować jak najrzadziej.
Nie chcieliśmy być jak polska reprezentacja piłkarska, która ma duże ambicje, a potem ma problem żeby wygrać z Gibraltarem. Cel numer jeden brzmiał: przebiec 250 kilometrów i ukończyć Sahara Race.

Twoja żona jest psychoterapeutą. Jak zareagowała na twoją decyzję?
Andrzejowi żona zabrała paszport, Marek skutecznie ściemniał do samego końca, że się przygotowuje do czegoś dużego, choć z niego akurat jest niesamowity "Ultras", więc jego żona już trochę doświadczeń z nim miała. A mi było najtrudniej, bo już to zdiagnozowała (śmiech).

To jak ją przekonałeś?
Wyjścia były dwa: albo konkretne zakupy, albo obietnica, że będzie bezpiecznie. Dopiero gdy obiecałem, że w momencie gdy poczuję, że moje życie jest zagrożone, to odpuszczę. Zgodę dostałem.

Co jest najtrudniejsze?
Biegniesz w jednym ubraniu, na pustyni są bardzo duże różnice temperatur. W dzień prawie 40 stopni, w nocy często tylko 2. Gdy spadnie deszcz i ubranie przemoknie, w nocy marzniesz. Do tego cała masa zmiennych, które mogą cię wyeliminować. Od biegunki po hipotermię. Od odwodnienia po skręcenie nogi. Od złamania kostki po zawał serca.

3 lata temu z wysiłku zmarł 32 letni zawodnik. Za dużo wody źle, bo wypłukujesz elektrolity, za mało - chce się pić. W nocy chcesz spać by się zregenerować, a tu się nie da bo zimno i twardo. Bolą kości biodrowe jak śpimy na ziemi, piachu czy skałach. W dzień chcesz pobiec "normalnie" a tu piach oraz teren góra, dół...

Zarządzanie suplementami, żelami, jedzeniem. Kalkulujesz albo na litry wody wypitej, albo na kilometry przebiegnięte. Zapomnisz? Płacisz cenę: zmęczenie, wymioty, skurcze, osłabienie. W każdej chwili jest możliwość i zagrożenie nieukończenia biegu. Jeden źle postawiony krok i koniec

A przygotowania?
We własnym zakresie. Marek mieszka w Gdańsku, Andrzej, Marcin i ja trenujemy w różnych godzinach. Ja lubię o 5 rano, Andrzej o 11 wieczorem. Marcin, nasz największy aktywista, ciągle coś robi, jeździ, trenuje. Po pracy szliśmy na siłownię, ćwiczyliśmy więcej niż zwykle, przygotowaliśmy się systematycznie. Jednak trzeba pamiętać, że każdy z nas zarządza sporymi firmami, więc w pracy też spędzaliśmy czas. Musieliśmy przygotować zespół na to, że nie będzie nas dość długo w pracy. Wyzwanie jest nie tylko sportowe, ale biznesowe, czasowe. Ale także finansowe i charytatywne.

Jak wygląda bieg przez pustynię - czytaj na kolejnej stronie.



Jak wygląda taki bieg?
Na miejscu lądujemy w piątek, w sobotę rano jest odprawa dla wszystkich uczestników. Organizatorzy sprawdzają czy mamy wszystkie przedmioty z wcześniej przygotowanej listy. Opisują przebieg trasy, podają podstawowe parametry. Później lunch i autokarami wywożą nas na pustynie. Tam nocka w namiocie i o 8 rano start pierwszego etapu.

Czyli?
Bieg jest w formule self-supported, czyli samowystarczalny. Musimy mieć wszystko, co organizator uważa za konieczne oraz co my uważamy za pożyteczne, co przez tydzień na pustyni powinno nam pozwolić ukończyć bieg. Produkty, które pozwolą przeżyć. To m.in. żywność - min. 2000 kcal na każdy dzień, śpiwór, kompas, latarki – czołowa i czerwona do zawieszenia w nocy na plecach, krem z filtrem UV, lusterko do sygnalizacji, gwizdek do wezwania pomocy w razie np. burzy piaskowej, bandaże, plastry i scyzoryk. Jest dokładna lista.

Jeśli nie masz choć jednego z artykułów, nie możesz wystartować. I nie ma znaczenia, czego ci brakuje. Reguły są ostre. Ale pustynia nie wybacza. Tam są warunki ekstremalne. Może być burza śnieżna, deszcz, grad, a może nawet śnieg (np. na wyższych partiach Gobi). Jest stałe ryzyko odwodnienia, a czasem hipotermii. Zarządzanie jedzeniem, suplementami, wodą, sodem, magnesem, solą czy potasem jest kluczowe. Choć czasami jeden krok potrafi wyeliminować z biegu. Tam oprócz piasku jest żwir, skały, kamienie. A nawet jak nogi i wydolność są wystarczające, niektórzy nie wytrzymują ciężaru plecaka na 200 km.

Pakujesz się sam?
Tak, przed pierwszym biegiem na Saharze zajęło mi to łącznie 28 godzin. Logistyka, przepakowania, wymiana produktów i artykułów na lepsze, lżejsze. Co myślałem że już jest dobrze, to dostawałem maila od Marka że jeszcze coś powinienem wymienić, albo mnie "challengował", że lusterko ma mniejsze i lżejsze.

A potem wywożą na pustynię i każdego dnia do przebiegnięcia dystans maratonu
Tak, mniej więcej. Zdarzyło się 25 km, bo trasę skrócili danego dnia ze względu na warunku pogodowe. Wtedy skrócony odcinek dodaje się kolejnego dnia, czasami jest 35 km, ale zwykle biegamy co najmniej 40 km każdego dnia. Choć i zdarzyło się na Gobi, że organizator zafundował nam 3 dystanse ultra w 5 dni (50/50/70). Najgorzej jest w czwartek. Wtedy mamy tzw. long stage. Długi odcinek. Może mieć 70 km jak na Gobi, a może 90 jak na Sahara Race.

90 km jednego dnia?
Niezupełnie jednego. Ruszając w czwartek rano, masz czas do piątku do 13:00 by dotrzeć do punktu pomiarowego. 80% zawodników robi to ciągiem, choć część na 60 kilometrze korzysta z namiotu, by się przespać dwie, trzy godziny, trochę odpocząć i lekko zregenerować, by rano wstać i dokończyć odcinek. W sobotę jest ostatni brakujący kawałek ale to już tylko kilka kilometrów. Potem meta, medal.

Jak wielu nie kończy biegu - czytaj rozmowę na kolejnej stronie


Wielu nie kończy?
Pierwszego biegu nie ukończyło 7 proc., drugiego prawie dwukrotnie więcej bo 13%

Co daje tobie, menedżerowi, taki bieg?
To budowanie przede wszystkim odporności psychicznej. Sprawy fizyczne, czyli bolące nogi, ciężki plecak to tylko część. Najważniejsza jest psychika. To poznawanie siebie w nieprzewidywalnych warunkach, badanie granic możliwości, limitów wytrzymałości. To brutalna weryfikacja tego po co i dlaczego to robimy. To też wyższe cele. Czasami duchowe przeżycie, czasami jakaś metafizyka... A czasami po prostu piękne, niezapomniane chwile, przeżycia, wspomnienia. Mi to daje satysfakcję i uczy, że niemożliwe jest możliwe.

To jak pokonać myśli, które podpowiadają: że nie dam rady?
Taka myśl przyjdzie zawsze i to już w trakcie biegu. Gdy wkładasz na plecy kilkunastokilogramowy plecak i pokonujesz kilometry, to nogi prędzej czy później odmówią posłuszeństwa, a mózg wyśle sygnały: stop, nie idziemy dalej, wszystko boli i tak nie dasz rady. Stań i sobie odpocznij. Wtedy włączamy turbo. Determinację... Nikt tu się nie będzie poddawał, stawał. Cel jest z przodu. Nie kończę biegu, bo jestem zmęczony.

Jak włączasz swoje turbo?
Ja podchodzę do tego systemowo. Podobnie jak z realizacją celów w biznesie. Wszystko dzielę sobie na mniejsze odcinki.

Czyli?
Nie myślę o tym, że dziś mam do zrobienia 90 km. Wiem, że muszę dotrzeć do następnego punktu gdzie podadzą wodę za 10 km, potem zmniejszam te odległości, muszę dojść do tej chorągiewki, potem następnej, do tamtego kamienia itd. Dzięki temu kilometry "uciekają", a mózg nie wie, że jest ich już tak dużo. Andrzej mnie tym zainspirował. Jestem mu wdzięczny. Świetnie się to sprawdza.

Każdy maratończyk zderza się z tzw. ścianą. Mózg mówi: nie dam rady
Mnie też to spotkało. Czwartego dnia, na 86 kilometrze czyli na 4 kilometry przed metą. Tylko moja ściana miała wielkość Muru Chińskiego. A było to podczas Sahara Race.

Udział w takim przedsięwzięciu to reklama firmy?

Nie rozpatruję tego w takich kategoriach. Jeśli jesteś liderem, musisz inspirować innych do działania. Jeśli się udaje, to jesteś wiarygodny dla zespołu, któremu więcej "się chce". Ale niewątpliwie ci co podejmują się rożnych fajnych, ciekawych, szalonych pomysłów, wyzwań, wyróżniają się z tłumu.

Tak bardzo lubisz inspirować, że inwestujesz w startupy
Jestem headhunterem od 16 lat. Zarządzam 10 lat własną firmą. Od 9 lat jestem inwestorem w kilku projektach internetowych: GoldenLine, SentiOne, Sprzedajemy.pl czy ClickQuickNow.

Oprócz Daniela Lewczuka w wyzwaniu 4Desert bierze udział jeszcze trzech Polaków. Andrzej Gondek jest menadżerem od 15 lat związanym z branżą farmaceutyczną, zarządza polskim oddziałem indyjskiego koncernu Glenmark Pharmaceuticals. Marek Wikiera od wielu lat mieszka w Gdańsku. Od 14 lat zarządza agencją ochrony osób i mienia Laam. Marcin Żuk jest menedżerem sprzedaży w Expanderze, trenerem biznesu oraz publicystą ekonomicznym.

Czytaj także
Polecane galerie