wp.pl
wp.pl
Najpopularniejszy w Polsce portal o finansach i biznesie
Tomasz Sadlik: z frankami miało być tak pięknie. A wprowadzono nas w błąd

Tomasz Sadlik: z frankami miało być tak pięknie. A wprowadzono nas w błąd

Fot. Jacek Bereźnicki/Biztok.pl

Zaciągając pod koniec 2007 r. kredyt hipoteczny we frankach szwajcarskich, Tomasz Sadlik, tłumacz z Krakowa, nie mógł wiedzieć, że za kilka lat przypadnie mu w udziale rola przywódcy masowego buntu przeciw bankom. Mało tego, dziś na poważnie zaczyna snuć plany stworzenia partii politycznej frankowiczów w oparciu o struktury powołanego przez siebie stowarzyszenia "Pro Futuris".

Gwałtowny wzrost rat kredytu wziętego na nową siedzibę biura tłumaczeń po szybkiej aprecjacji szwajcarskiej waluty doprowadził go do bankructwa i poważnych problemów osobistych. Ale Sadlik nie załamał się. Nie tylko postanowił walczyć o swoje racje w sądzie, ale też wpadł na pomysł powołania organizacji zrzeszającej tych, którzy przez kredyty frankowe popadli w ruinę finansową. Jak twierdzą, z winy banków, które umyślnie wprowadziły ich w błąd.

Kilka dni temu, 24 marca krakowski sąd oddalił pozew Tomasza Sadlika przeciw bankowi Raiffeisen. Sąd uznał, że nie ma podstaw do unieważnienia jego umowy kredytowej, ponieważ kredytobiorca zaakceptował warunki umowy, a nawet potwierdził podpisem ostrzeżenie banku o możliwości zmiany kursu waluty. Jak podkreśliła sędzia, będąc człowiekiem wykształconym, inteligentnym i o ponadprzeciętnej wiedzy ekonomicznej, Sadlik powinien mieć rozeznanie w warunkach umowy, jaką podpisuje.

"Orzeczenie kuriozalne, sąd nie wziął pod uwagę zeznań świadków – po stronie bankowców, po mojej stronie – jednego nie dopuścił. Będzie apelacja. 25 kwietnia znowu spotykamy się pod Pałacem Prezydenckim" – skomentował dla nas wyrok sądu Sadlik, zapowiadając, że nie wyklucza nawet odwołania do trybunału w Strasburgu, jeśli polskie sądy nie przyznają mu racji.

Na razie największym sukcesem Tomasza Sadlika w jego krótkiej, ale intensywnej działalności publicznej jest skuteczne zebranie pod skrzydłami ruchu "Pro Futuris" – jak szacuje – kilkunastu tysięcy osób. Po tym, jak na zwołanej ad hoc manifestacji w Warszawie 28 lutego udało mu się skrzyknąć kilka tysięcy frankowiczów, poczuł wiatr w żagle i postanowił podjąć próbę zbudowania na bazie tego ruchu partii politycznej.

27 marca rano na prowadzonym osobiście przez Sadlika facebookowym profilu "Pro Futuris", gdzie nowe wpisy pojawiają się nawet co kilka minut, pojawiła się informacja, że powstała grupa pod nazwą "Partia frankowiczów - chętni do założenia". Chwilę potem pojawił się wpis, w którym Sadlik na wszelki wypadek podkreślił, że nie jest "dogadany" z żadną partią, choć "miał zaproszenia od większości z nich".

Albo się zatrzymamy i będziemy skomleć o litość, albo się zbierzemy i przełamiemy tę barierę... Goście mają układy, ciągną za wiele sznurków, mają pewne instrumenty władzy, ale jeśli ich użyją do niszczenia obywateli, to dopiero im zrobimy rewolucję! Zwyciężymy! Zmieść ten rząd ze sceny! – emocjonalnie zakończył swój wpis Sadlik.

Krótko przed wtorkową rozprawą (24 marca) przed krakowskim sądem, serwis Biztok.pl rozmawiał z Tomaszem Sadlikiem, który wyjaśniał powody swojej prywatnej walki z bankiem, a także wejścia w rolę trybuna ludowego, wspierającego innych frankowiczów i organizującego pozwy zbiorowe oraz manifestacje. Jako pierwsi usłyszeliśmy od niego o planach, które według szefa "Pro Futuris" zatrzęsą polskim systemem bankowym.

Jacek Bereźnicki: Na czym polegało rzekome oszustwo, które zarzucił pan bankowi Raiffeisen?

Tomasz Sadlik: Pani z banku przedstawiła mi symulację kredytu, według której w przypadku franków szwajcarskich przez 30 lat będę płacił o 400 zł mniej niż w złotych. Sąd zapytał tę panią na jednej z rozpraw: skąd te dane? Odpowiedź padła, że z systemu bankowego. I ten system był tak skonstruowany, jakby nie zakładał żadnej zmiany, tak jakby przez 30 lat nie było inflacji, nie mówiąc już o zmiennej kursu. Dla mnie to zapewnienie było decydujące, ponieważ samą umowę – kilkanaście stron zapisanych maczkiem – zobaczyłem tuż przed podpisaniem. Ale miałem tego maila i zapewnienie, że będzie taniej.

I to było powiedziane tak wprost, że we franku będzie taniej przez cały okres spłaty?

Tak, jak najbardziej. Ten mail to jeden z dowodów w sprawie.

mail1.jpg

 

Tu są dwa elementy: pojęcie ryzyka zwykłego i znaczącego. Pierwsze mieści się w granicach nakreślonych przez KNF w rekomendacji S z 2006 r., czyli osoby starające się o kredyt denominowany we franku powinny mieć o 20 proc. wyższą zdolność kredytową niż w przypadku kredytu złotowego. Ale tego nie było nigdzie w mediach. Ja nawet – przyznam się – nie wiedziałem wtedy o istnieniu czegoś takiego jak Komisja Nadzoru Finansowego.

A ryzyko znaczące?

Druga rzecz to pojęcie ryzyka znaczącego, które znalazło się w wewnętrznym raporcie KNF-u z jesieni 2007 r. skierowanym do banków. Jako realny scenariusz zakreślono w nim ryzyko na poziomie przynajmniej 50 albo więcej procent. Ten dokument został powieszony na stronie KNF-u dopiero na jesieni 2008 r., gdy mleko już się rozlało, kiedy frank poszybował w górę.

Czy ma pan o to pretensje do KNF-u?

Tak, mój zarzut do Komisji Nadzoru Finansowego jest taki, że nie ostrzegła pozostałych uczestników rynku, czyli klientów. Ostrzegła banki, które zresztą i tak już o tym wiedziały, ale nas – nie. 

Czy jednak osoby biorące wtedy kredyty we frankach nie powinny zdawać sobie sprawy z istniejącego ryzyka kursowego? Że podejmują pewnego rodzaju grę?

Proszę pamiętać, że wtedy istniała powszechna świadomość, utwierdzana przez media – to można zresztą łatwo sprawdzić – i doradców, że ryzyka nie ma prawie wcale, że mamy wkrótce wejść do strefy euro i będzie pięknie. Po drugie, były sygnały z banków, takie jak wspomniany mail, że ryzyka nie ma.

Może naprawdę tak uważały?

Niedawno w jednym z kanałów informacyjnych był wywiad z byłym pracownikiem czterech banków, doradcą kredytowym, który jednoznacznie powiedział, że musiał oszukiwać ludzi. Stwierdził, że zarządy banków tak ustawiały sprzedawców, żeby wciskali te kredyty.

No dobrze, ale dlaczego klienci banków wierzyli w każde słowo pracowników banków? Czy nie powinni stosować zasady ograniczonego zaufania, jak w przypadku innych ludzi, którzy chcą nam coś sprzedać? Tym bardziej, że chodziło o setki tysięcy złotych. Nie powinni byli poszukać innych źródeł informacji?

Ale wszyscy mówili wtedy to samo. Banki, doradcy, media i znani eksperci zachęcali do brania kredytów we frankach. Nie było kogo pytać.

Czy biorąc kredyt, porównywał pan chociaż oferty różnych banków?

Zaufałem bankowi Raiffeisen, który jest wielkim bankiem inwestycyjnym, obecnym w Europie Wschodniej. Pani z tego banku zgłosiła się jako pierwsza i poprosiłem ją o obliczenie mojej zdolności kredytowej i przedstawienie najlepszej oferty. No i wtedy napisała mi maila, że najlepiej jest we frankach szwajcarskich, bo będę przez 30 lat płacił miesięcznie o 400 zł mniej i kropka. 

I tak po prostu pan to wziął za pewnik?

Nie rozumiem, dlaczego tłumacz, humanista ma wątpić w pisemne zapewnienia pracownika wielkiej instytucji finansowej, jaką jest Raiffeisen. Poruszamy się w tym momencie w sferze absurdu. Jak pan pójdzie do sklepu komputerowego, nie będzie pan dyskutował z informatykiem, który będzie zapewniał, że dany sprzęt spełni pana oczekiwania, tylko jak nie będzie spełniał, to pan go odda.

[VIDEO]http://get.wp.tv/i,get,mid,1651079,index.html{autoplay}[/VIDEO]

W czasie jednej z rozpraw adwokat drugiej strony zapytał mnie, dlaczego nie wziąłem prawnika, żeby ocenił treść mojej umowy. Jak miałem to zrobić, gdy umowę bez możliwości negocjacji, ważną tylko jeden dzień, podsunięto mi 5 minut przed podpisaniem?

I bank nie pozwolił panu zapoznać się z umową na spokojnie?

Nie, dostałem na miejscu gotowca, który przyszedł pocztą kurierską z centrali – mogłem przeczytać i podpisać, albo nie.

I tak pracownicy banku panu powiedzieli? Że jak nie podpisze od razu, to umowy nie ma?

Tak. Nie było żadnej możliwości wzięcia umowy i jakiejkolwiek konsultacji.

Nie miał pan już wtedy wątpliwości, że coś jest nie tak?

Wtedy było tak, że jak szło się do banku, to się bankowi ufało. To była jesień 2007 r., przed upadkiem Lehman Brothers, przed wszystkimi tymi przekrętami, przed skandalem z LIBOREM. Nie było czegoś takiego w powszechnej świadomości, że bank może oszukiwać. Zresztą to zaufanie było uzasadnione, bo szczególnie w Polsce banki są chronione prawem, istnieją odrębne przepisy, które dają im szereg atrybutów jako instytucjom zaufania publicznego. Zatem jeśli państwo w moim imieniu ufa bankom i powołuje instytucje, które mają je kontrolować, to kim ja jestem, żeby wątpić w solidność takiej instytucji? To jakby wątpić, czy wszystkie układy scalone w komputerze są dobrze połączone.

I okazało się, że ktoś ich specjalnie nie połączył.

Problem polega na tym, że ludzie nadal nie zdają sobie sprawy, w jakim stopniu byliśmy przez banki oszukiwani. Nie dało się przewidzieć pewnych rzeczy, a druga strona była specjalnie szkolona, by na skierować w tę, a nie inną stronę.

Czy czuje się pan rzecznikiem, twarzą całego ruchu frankowiczów w Polsce?

Jestem taką osią, ja dałem twarz temu wszystkiemu przez to, że byłem pierwszy. Zgłaszają się do mnie setki osób na różnych stanowiskach, które wybrały mnie na swoją twarz. Mówię tu o sędziach, prokuratorach, urzędnikach, adwokatach, dziennikarzach, policjantach, funkcjonariuszach CBA, a nawet pracownikach banków – ludziach, którzy z różnych względów nie chcą się ujawnić.

O co pan walczy we własnym procesie z bankiem?

Chodzi o anulowanie umowy, usunięcie klauzuli, która już została uznana przez UOKiK za abuzywną, też przez sąd (Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów), a o tym niewiele osób wie. Chodzi o klauzulę o indeksacji kredytów do franka szwajcarskiego, która jest klauzulą niedozwoloną. I to jest odpowiedź na pytanie – jakby ktoś pytał – czy mamy szanse przed sądami.

Jaka jest główna oś walki z bankami osób skupionych w "Pro Futuris"? Chodzi bardziej o niedozwolone klauzule w umowach, czy raczej wprowadzanie w błąd w kwestii ryzyka kursowego? 

Jest kilka osi. Głównie misselling, czyli sprzedawanie produktów niedostosowanych do konsumenta, m.in. także nieinformowanie o ryzyku. 

Przedmiotem walki "Pro Futuris" są tylko kredyty frankowe?

Nie. Jako stowarzyszenie zabieramy się także za kredyty w złotych. Docelowo chcemy wyeliminować wszelkie elementy zmienne, które są zależne tylko od jednej strony. To zasada, która jest zupełnie sprzeczna z logiką rynku. Co więcej, wszystkie banki podsuwają klientom niemal takie same umowy bez możliwości negocjacji, przez co można mówić o kartelu i zmowie rynkowej. Tego jednak nie dostrzega UOKiK. 

A składaliście państwo zawiadomienia w tej sprawie do UOKiK-u?

Nie, w tym sensie jeszcze nie. My się dopiero organizujemy. Na razie głównie walczymy o przeżycie.

Jeszcze jakieś inne plany?

Jako pierwszemu panu to powiem, zaczynamy rozmowy ze związkowcami z kilku banków, ci ludzie po prostu stwierdzili, że chcą sobie oraz nam pomóc i razem zmusić zarządy do negocjacji, do renegocjacji tych umów. Oni zdają sobie sprawę, że prędzej czy później te sprawy się zakończą, a jak banki będą musiały ponieść koszty finansowe swoich działań, dywidendy uciekną za granicę, to pracownicy będą pierwszymi ofiarami oszczędności. 

Nie zwlekaj! Rozlicz już teraz swój PIT 2014 >>
Czytaj także
Polecane galerie